bieszczadzki przewodnik rychu szocinski wierszokletaPoznałem gościa podczas pierwszego pobytu w Bieszczadach. Kupiłem 3 rzeźby, które miały być wysłane pocztą. Po pół roku musiałem wrócić, przypomnieć się o przesyłce. I tak oto utrwaliliśmy sobie swoje personalia. Kontekst jego osoby pozostał w mojej głowie do końca znajomości, tak jak się poznaliśmy, tak z tego samego powodu postanowiłem się nie kłaniać temu człowiekowi.

Tempo pracy wątroby wierszoklety mogłaby zadziwić niejednego medyka!

Kiedyś, kiedy nasza znajomość mogła jeszcze sporo znieść, byłem u Rycha częstym gościem. Na tyle częstym, aby uznać pewien ciąg wydarzeń za schemat. Poranny przyjazd, budził zawsze moje zdumienie. Poza piekarzem, Rysiek był chyba pierwszym przyjezdnym pracownikiem w Cisnej. Jak by spał w mrowisku i tylko czekał świtu aby wyskoczyć z chałupy. Jeśli Rysiek nie przyjechał pijany, to do południa już miał powód do pijackiej zdrzemki. A co! Do Ryśka zajeżdżały autobusy z Polańczyka. Domyślam się, że od Baligrodu piloci opowiadali o wrażliwym poecie, który ulewa swojej wrażliwej duszy na papier i tworzy rymy. Kiedy już autobus dowlekł się na plac w Cisnej, wylegali nieszczęśni napaleńcy na bieszczadzką poezję. Rysiek odstawiał teatrzyk: krótka historia, wiersz, anegdota, wiersz, głupia mina na jeszcze bardziej ogłupionych turystów, znów wiersz, hasło że dedykacja jest za darmo i puenta: napychanie sakwy. Co mnie zawsze bawiło, to fakt, że często przejrzałe wiekiem turystki dawały się łapać za dupy i cyce przy pozowaniu z ziejącym konającą wątrobą wierszokletą, wobec bezczelnego podkreślenia "zdjęcie rozwodowe". Nierzadko też, co ruchliwsi turyści zdążyli obrócić do sklepu i przyjść z flachą do wierszoklety. Naturalnie po jednej kolejce flaszka zostawała a wierszokleta obdarowywał kolejką mniej zaradnych miejscowych. Piloci wycieczek mieli pół godziny dla siebie, nie musieli gadać do i tak podpitych turystów, a Rysiek zgarniał swoje za opiekę nad turystami- wszyscy zadowoleni. W sezonie za dnia takich autokarów były dziesiątki. Przerób etanolu u wierszoklety wprawiał w zakłopotanie najtęższe umysły, wszystko jednak miało swój koniec.

Zmartwychwstanie po bieszczadzku, w kwadrans.

Często kiedy wierszokleta miał od samego świtu w czubie a potem było juz tylko gorzej, organizował sobie pijackie zdrzemki. Zamykał sklep od środka, kładł się za ladą na materacu na kwadrans. Ten kwadrans, to odpowiednik katolickiego zmartwychwstania. Wierszokleta wstawał jak nowo narodzony, z nową energią i ... pragnieniem.

W związku z takim nadchodzącym końcem miała miejsce pewna przezabawna historia.

Pewnego lipcowego dnia, kiedy od samego świtu sprawy miały się źle, a butelek i stopni na termometrze przybywało równie szybko, wierszokleta siedział ciężko w oknie i siedział milcząc, dając sobie odpocząć od klepania do turystów. Czasem tylko na widok cycatej motocyklisktki krzyczał: 
- ale trójeczka!
Raz, na widok nadjeżdżającego autokaru krzyknął:

- Kurwa! Zamykam te bude, na chuj mi tyle pieniędzy!

Na foto Rychu ze swoim pawulonem, który miał zawsze kartkę na froncie: "Z powodu choroby sprzedawca daje od tyłu". A z tyłu pijaństwo w możliwie najbardziej pierwotnej postaci. Często w trawie walały się czyjeś opite doczesności (widoczne na foto), czasem obsrane łachy, nigdy flaszki.

 

 

 

gdy smutek nas dopadnie
obejmie dusze skrycie
gdy się spotkamy na dnie
o bladym świcie
wypijmy jeszcze raz
my uypadłe anioły
wypijmy jeszcze raz
bieszczadzkie dusioły

nim nas pokryje bluszcz
i gdy nas syn zapomni
wypijmy jeszcze raz,
my z połonin

gdyby tak jeden z nas
chciał już wyruszyć w gwiazdy
odnalazł w sobie czas,
czas na odjazdy,
wypijmy jeszcze raz
i na nas przyjdzie czas
powiedzieć Cześć Bieszczadzie
i w ten ostatni raz odejść na czadzie
wypijmy jeszcze raz